wtorek, 18 maja 2010

Lukla - Phakding

Pierwszy dzien zaczelismy kolo 6 rano. Po sniadaniu i dopakowaniu sie pognalismy na lotnisko krajowe, skad odlatywal nasz samolocik do Lukli. Byla to maszyna klasy Twin Otter z okolo 16 miejscami na pokladzie. Nasz lot byl zaplanowany na godz 9.20. Najlepsze warunki do lotu to godz. 6 rano, ale nie bylo juz miejsc. Lot do Lukli to ogromne przezycie. Przemieszczalismy sie dolinami, czesto w chmurach przy sporych turbulencjach. To byl dopiero poczatek - najbardziej przerazajace (nawet dla Ani "urodzonej" w samolocie) bylo ladowanie. Lotnisko w Lukli to kilkusetmetrowy pas asfaltu na polce skalnej zakonczony kamienna sciana. Aby samoloty mogly latwiej wyhamowac lotnisko polozone jest pod gore. Lotnisko to ma kategorie STOL (ShortTakeoff&Landing) co oznacza w skrocie ze pas jest bardzo krotki. Zdarzylo sie na nim wiele wypadkow ostani w 2008. Podczas naszego lotu samolot schodzil do ladowania, ale pilot za mocno przyziemil i odbilismy sie bardzo mocno kolami, zeby po chwili osiasc ponownie na pasie. W tym momencie poczulismy nieprzyjemny zapach - Tybetance siedziacej za Piotrem puscily zwieracze :):):). Uff jestesmy cali na miejscu.

Dalsza podroz polegala na 6-cio godzinnym spacerze na wyskosc 2600m. Poczatkowo bylo lekko i przyjemnie. Wrzucilismy plecaczki i pomaszerowalismy szlakiem do Phakding. Po drodze spotykalismy wiele turystow z calego swiata wraz ze swoimi tragarzami i przewodnikami. Piotr byl po zatruciu pokarmowym totez nasza trasa wydluzyla sie o godzine drogi bo nadalismy sobie wolniejsze tempo. Widoki przepiekne choc wiadomo ze najpiekniejsze dopiero przed nami. Niestety szczyty gor spowijaly caly czas chmury a pod koniec wedrowki dopadl nas lekki deszczyk. Jednak wiekszosc czasu swiecilo slonce a temperatura byla idealna - kolo 20C. Wieczorem zakweaterowalismy sie w schludnym pokoiku u milej Tybetanki. Prysznic na dworze i spac :)

1 komentarz: