sobota, 22 maja 2010

Dingboche

Jestesmy w Dingboche 4350. Jutro idziemy do Chukung na 4850 i tam zostajemy na noc. Rano nastepnego dnia wchodzimy na maly szczycik ;) Chukung Ri 5550 i schodzimy spowrotem do Chukung. Kolejnego dnia atakujemy przelecz Kongma La 5550. Zaczynamy o 4 rano i w zaleznosci od tego jak daleko uda nam sie przejsc bedziemy spali pod namiotem przed albo za sama przelecza. Docelowo schodzimy do Lobuche (moze uda sie na 1 raz). Nastepnego dnia idziemy do bazy pod everestem i tam zostajemy na noc. Kilka dni temu bylo tam -14 C :) mamy puchowki wiec sie nie martwimy i wy tez sie nie martwcie bo wszystko u nas ok, jestesmy zdrowi, wchodzimy powoli i nie mamy choroby wysokosciowej. Nie ma tutaj sieci gsm. Wciagu dnia piekna pogoda.Widoki powalaja. Raz dziennie wlaczamy telefon satelitarny, wiec piszcie smsy jesli chcecie sie skontaktowac z nami (1,2 zl za sms ;). My bedziemy pisac 2 razy w tyg. Mama Ani ma numer. Pozdrawiamy. JEST JAK W BAJCE I KAZDY DZIEN JEST DLA NAS NIESAMOWITYM PRZEZYCIEM.

wtorek, 18 maja 2010

Namche Bazaar

Dzisiaj odpoczynek (wymaga tego procedura aklimatyzacyjna).Niestety dzis w nocy u Ani nie obylo sie bez bolu glowy ale juz jest wszystko ok. Teraz mozemy pozalatwiac pare spraw, skorzystac z kafejki internetowej, moze jakies drobne zakupy ;). Jutro czeka nas klejne bardzo ostre podejscie bo ruszamy do Tengboche (3870m) gdzie zrobimy kolejna przerwe aklimatyzacyjna i dalej do Dingboche (4370m). Mamy nadzieje ze w kazdym z tych miejsc znajdziemy okazje aby napisac pare slow na blogu. Pozdrawiamy wszystkich bardzo mocno i trzymajcie za nas kciuki ;)

Phakding - Namche Bazaar

Rozpoczelismy wzdluz rzeki Dudh Kosi przechodzac z brzegu na brzeg mostami linowymi. Droga z poczatku wydawala nam sie przejemna, kolana oswoily sie z ciezarem plecakow ktorzy jako jedyni niesiemy sami bez pomocy tragarzy. Od Jorsale zaczyna sie trawersujace podejscie na wysokosc 3450m. Ten ostatni odcinek mierzacy 2,5 km zajal nam ponad 2godziny i wykonczyl nas calkiem. Szerpowie nosili bale drewniane na budowe domu wazace 140kg. Dla nas waga 15-20kg byla i tak ogomnym ladunkiem. Bylo bardzo ciezko. Po 8 godzinach wspinaczki dotarlismy do stolicy Szerpow - Namche Bazaar. Jest to miasteczko osadzone na zboczu przypminajace swoim umiejscowieniem amfiteatr. Prosta kwatera, publiczny prysznic (ale z ciepla woda!!), duzo weglowodanow przed snem i tak skonczyl sie nasz makabryczny dzien :). Widoki coraz bardziej wyskogorskie, surowe, choc wciaz nad glowami wiszaca mgla. W najblizszym czasie spodziewamy sie monsunu choc jeszcze nie wiemy jak bedzie wygladal na tej wysokosci. Przewidujemy snieg. Wczoraj w bazie pod everestem bylo -14C w nocy, chcemy tam spac pod nammiotem (w koncu zabrlismy bardzo duzo jedzenia i caly sprzet do biwaku).

Lukla - Phakding

Pierwszy dzien zaczelismy kolo 6 rano. Po sniadaniu i dopakowaniu sie pognalismy na lotnisko krajowe, skad odlatywal nasz samolocik do Lukli. Byla to maszyna klasy Twin Otter z okolo 16 miejscami na pokladzie. Nasz lot byl zaplanowany na godz 9.20. Najlepsze warunki do lotu to godz. 6 rano, ale nie bylo juz miejsc. Lot do Lukli to ogromne przezycie. Przemieszczalismy sie dolinami, czesto w chmurach przy sporych turbulencjach. To byl dopiero poczatek - najbardziej przerazajace (nawet dla Ani "urodzonej" w samolocie) bylo ladowanie. Lotnisko w Lukli to kilkusetmetrowy pas asfaltu na polce skalnej zakonczony kamienna sciana. Aby samoloty mogly latwiej wyhamowac lotnisko polozone jest pod gore. Lotnisko to ma kategorie STOL (ShortTakeoff&Landing) co oznacza w skrocie ze pas jest bardzo krotki. Zdarzylo sie na nim wiele wypadkow ostani w 2008. Podczas naszego lotu samolot schodzil do ladowania, ale pilot za mocno przyziemil i odbilismy sie bardzo mocno kolami, zeby po chwili osiasc ponownie na pasie. W tym momencie poczulismy nieprzyjemny zapach - Tybetance siedziacej za Piotrem puscily zwieracze :):):). Uff jestesmy cali na miejscu.

Dalsza podroz polegala na 6-cio godzinnym spacerze na wyskosc 2600m. Poczatkowo bylo lekko i przyjemnie. Wrzucilismy plecaczki i pomaszerowalismy szlakiem do Phakding. Po drodze spotykalismy wiele turystow z calego swiata wraz ze swoimi tragarzami i przewodnikami. Piotr byl po zatruciu pokarmowym totez nasza trasa wydluzyla sie o godzine drogi bo nadalismy sobie wolniejsze tempo. Widoki przepiekne choc wiadomo ze najpiekniejsze dopiero przed nami. Niestety szczyty gor spowijaly caly czas chmury a pod koniec wedrowki dopadl nas lekki deszczyk. Jednak wiekszosc czasu swiecilo slonce a temperatura byla idealna - kolo 20C. Wieczorem zakweaterowalismy sie w schludnym pokoiku u milej Tybetanki. Prysznic na dworze i spac :)

niedziela, 16 maja 2010

Zaczynamy i NIE konczymy!

Za niecale 3h bedziemy juz leciec w Kierunku Lukli, skad zaczynamy nasz treking po trasie zwanej 3 przelecze. Myslelismy ze bedziemy musieli zawiesic pisanie bloga z powodu braku dostepu do internetu przez komorke. Bedziemy pisac w miare mozliwosci z kafejek inrenetowych.

niedziela, 9 maja 2010

to już tak blisko... :D

Do wyjazdu zostało coraz mniej dni... Jeszcze mniej czasu zostało Piotrowi bo zaledwie 3 dni, Ani - prawie tydzień. Tak się wszystko złożyło, że Ania dolatuje do Kathmandu dopiero w niedziele, zostaje na noc sama i w poniedziałkowy poranek, kiedy juz współtowarzysze Piotra odprawią sie w droge powrotną do Warszawy spotka się razem z Piotrem aby wylecieć odrazu do punktu startowego naszego treku. Nie podjeliśmy jeszcze ostatecznej decyzji co do naszej trasy, ustalilismy jednak, ze Piotr będąc wcześniej w KTM zasięgnie informacji na temat warunków pogodowych i wszelkich innych spraw mogących zaważyć na bezpieczeństwie i skali trudności na trasie. To pomoże nam wybrać najciekawszą drogę. Nasze typy zawęziyły się do dwóch. Największy problem w rejonie everestu może stanowić nadchodzący monsun z którym wiążą się ulewne deszcze, śliska nawierzchnia skalna i przede wszystkim brak przejrzystości powietrza... Drugi wybór to Dolpo, tu pogoda moze byc znacznie lepsza lecz góry nie sa juz tak imponujace...